English English
7 tysięcy firm, blisko 3 miliony zatrudnionych
Zakładki 1

Wyszukiwarka

Strona główna Aktualności
Zakładki 3
zakladki_video

Aktualności

DRUKUJ

Demograficzna dźwignia przeobraziła się w maczugę - pisze w Parkiecie Łukasz Kozłowski

28-11-2016

Polska dramatycznie się starzeje – czytamy i słyszymy coraz częściej. Przez przyspieszający proces starzenia się społeczeństwa wkrótce zacznie nam brakować środków na wypłatę adekwatnie wysokich emerytur, koszty publicznej ochrony zdrowia poszybują ku niebu, a coraz mniej liczne pokolenia pracujących będą musiały liczyć się z tym, że na ich barki nałożone zostaną gigantyczne ciężary fiskalne, by możliwe było podtrzymanie funkcjonowania państwa.

 

Wizja katastrofy demograficznej może budzić przerażenie, ale na ogół traktujemy ją jako dość odległą perspektywę – problem na przyszłość, który nie ma jeszcze przełożenia na bieżącą sytuację. Szkopuł w tym, że kiepska demografia już teraz jest kulą u nogi naszej gospodarki, w coraz wyraźniejszy sposób spowalniającą jej wzrost.


Trzeba jednak przyznać, że traktowanie starzenia się społeczeństwa jako problemu, którego dotkliwych skutków będziemy doświadczać dopiero za kilkanaście lub kilkadziesiąt lat, nie jest pozbawione podstaw. Wprawdzie wskaźniki dzietności mamy w Polsce bardzo niskie, jednak wciąż pozostajemy jednym z młodszych społeczeństw Unii Europejskiej. Świadczy o tym choćby najbardziej podstawowa z miar, czyli mediana wieku ludności. I ile w 2015 r. połowa Polaków była w wieku co najmniej 39,6 roku, w przypadku Niemiec ta wartość wieku mieszkańców kraju kształtowała się na poziomie 45,9 roku, Hiszpanii 42,3 roku, zaś Francji 41 roku. Najliczniejszym żyjącym w Polsce pokoleniem nie jest to z powojennego wyżu, lecz urodzone około 1983 roku (kiedyto zanotowaliśmy szczyt urodzeń) – a więc wciąż dość młode.


Tak naprawdę jednak do tej pory spijaliśmy tylko śmietankę z całościowo dość gorzkiego koktajlu, jakim jest starzenie się społeczeństwa. Chodzi o tzw. rentę demograficzną, czyli początkowy okres korzystnego układu czynników determinujących kondycję gospodarczą w następstwie obniżenia poziomu dzietności. Spadek liczby urodzeń oznacza bowiem również to, że mniejsza część ludności naszego kraju jest zależna ekonomicznie z uwagi na swój młody wiek. Skoro mamy mniej dzieci, ponosimy z tego tytułu również niższe wydatki. Proporcja między liczbą pracujących i niepracujących wyraźnie się poprawia, zwłaszcza że na emeryturę nie przechodzi jeszcze tak wiele osób, bowiem pokolenia urodzone w czasie II wojny światowej oraz niedługo przed jej wybuchem nie są tak liczne. Mówiąc w skrócie – miłe złego początki.


Pozwólmy przemówić liczbom. W 1985 r. w Polsce żyło 10,1 mln dzieci do 15. roku życia, niecałe 23,8 mln osób w wieku produkcyjnym oraz 3,5 mln osób w wieku 65 lat i więcej. Już 20 lat później liczba seniorów była prawie o połowę wyższa (5,2mln). To nie miało jednak tak dużego znaczenia, biorąc pod uwagę fakt, iż liczba potencjalnie pracujących mieszkańców Polski zwiększyła się do 26,4 mln, a dzieci było wtedy już tylko 6,7 mln. Jak nietrudno policzyć, w 1985 r. na każde 100 osób w wieku pracującym przypadało 57 w wieku niepracującym, a w 2005 r. ta relacja spadła do 45 na 100. Była to niebagatelna zmiana, sprzyjająca szybszemu wzrostowi gospodarczemu.


W minionej dekadzie, pomijając gwałtowne korekty związane ze spisami demograficznymi, liczba osób w wieku produkcyjnym w Polsce – a więc potencjalna podaż pracy – rosła w tempie od 0,7 do 1,1 proc. rocznie. Biorąc pod uwagę dodatkowo rosnący wówczas wskaźnik zatrudnienia, sumarycznie czynnik pracy podbijał dynamikę PKB nawet o 1,5–2pkt proc. Coś zaczęło jednak się psuć na początku obecnego dziesięciolecia. W 2011 r. wzrost liczby ludności w wieku pracującym nieznacznie spowolnił do 0,6 proc. rok do roku, a w 2012 r. był już bardzo anemiczny – wyniósł zaledwie 0,1 proc., co zbiegło się zresztą z wyraźnym schłodzeniem koniunktury gospodarczej. To jednak nie koniec. Od 2013 r. potencjalna podaż pracy bezustannie maleje, a w ubiegłym roku tempo jej spadku wynosiło już 0,5 proc. Jakby tego było mało, od początku 2016 r. stopa zatrudnienia stoi w miejscu, co oznacza, że ubytek populacji nie jest rekompensowany przez wzrost odsetka pracujących. Tak więc – nawiązując do terminologii finansowej – dodatnia dźwignia demograficzna przeobraziła się w ujemną dźwignię, czyli maczugę demograficzną.


Oznacza to, że przyczyna rozczarowującej dynamiki PKB w Polsce nie tkwi wyłącznie w zastoju w obszarze nakładów na środki trwałe, lecz leży znacznie głębiej. Nawet przy korzystniejszym klimacie inwestycyjnym trudno byłoby nam w dzisiejszych warunkach powtórzyć wyniki polskiej gospodarki z 2007 czy 2011 r. z uwagi na słabsze fundamenty. Potencjał wzrostu gospodarczego zasadniczo opiera się bowiem na trzech podstawach – dynamice podaży pracy, kapitału, a także produktywności wieloczynnikowej. Teraz nie dość, że straciliśmy jedną z trzech nóg, na których opierał się nasz wzrost (czyliwzrost podaży pracy), to jeszcze coraz mocniej zaczyna ona nas ciągnąć w dół. Prognozy Eurostatu wskazują na to, że już w 2023 r. potencjalny zasób pracy będzie się kurczył o 1,2 proc. rocznie. Trudno będzie to nadrobić, przeciwstawiając tej negatywnej sile odpowiednio szybszy przyrost produktywności oraz zasobów kapitałowych. Konsekwencje wolniejszego wzrostu gospodarczego są dość oczywiste – niższa dynamika konsumpcji, wolniej rosnący rynek, a co za tym idzie również wolniej rosnące firmy oraz mniejszy popyt na aktywa finansowe. Przestrogą niech będzie dla nas przykład Japonii, wyprzedzającej nas o 20–25lat pod względem tendencji demograficznych. Otóż o ile wartość giełdowego indeksu Nikkei 225 na koniec 1989 r. sięgała prawie 39 tys. pkt, o tyle obecnie – po odrobieniu sporej części strat z poprzednich lat – kształtuje się ona na poziomie około 17 tys. pkt. Przy niekorzystnej demografii długoterminowy wzrost nie jest oczywistością.


Czy nie ma zatem dla nas żadnego ratunku? Otóż jest. Wskaźnik aktywności zawodowej w Polsce wciąż jest bardzo niski – dla osób w wieku od 20 do 64 lat nie sięga on nawet 70 proc. Pozostaje więc tutaj ogromna przestrzeń do poprawy oraz rezerwa na przyszłość. Gdyby udało nam się – nie w ciągu kilku, lecz kilkunastu lat – zbliżyć się w tym zakresie do standardów zachodnioeuropejskich, a najlepiej nordyckich, nawet przez kolejnych 30 lat byłoby możliwe powstrzymywanie spadku liczby pracujących. Można to osiągnąć choćby poprzez aktywizację zawodową dwóch najbardziej wykluczonych ze świata pracy grup, czyli kobiet i osób starszych, modernizację prawa pracy (obecnykodeks pracy pamięta czasy IV planu pięcioletniego Edwarda Gierka i niestety w znacznej mierze nie przystaje do współczesnych realiów) oraz wzmocnienie prozatrudnieniowych bodźców w naszym systemie podatkowym. Pozostaje więc życzyć dobrych reform rynku pracy w Polsce.

Przyczyna rozczarowującej dynamiki PKB w Polsce nie tkwi wyłącznie w zastoju w obszarze nakładów na środki trwałe, lecz leży znacznie głębiej.

 

Pełen tekst dostępny tutaj.