English English
7 tysięcy firm, blisko 3 miliony zatrudnionych
Zakładki 1

Wyszukiwarka

Strona główna O nas Media o nas
Zakładki 3
zakladki_video

Media o nas

DRUKUJ

„Rzeczpospolita”: Hilary Minc byłby dumny

07-03-2016

Całe społeczeństwo będzie jedną fabryką i jednym biurem z równą normą płacy i pracy. Starsi z państwa być może pamiętają ten slogan ze szkół. Młodsi może spotkali się z nim, oglądając filmy na Discovery Historia albo TVP Historia poświęcone wodzowi rewolucji bolszewickiej. Jak się okazuje, pomysły na nacjonalizację gospodarki niestety wracają jak zły sen. Właśnie teraz jeden z nich chce się wdrożyć przy okazji zmiany ustawy o zamówieniach publicznych – pisze w „Rzeczypospolitej” Prezydent Pracodawców RP Andrzej Malinowski.

 

– Wydawało się już, że w naszym kraju panuje względna zgoda co do tego, że rozwój drobnej i średniej przedsiębiorczości sprzyja rozwojowi społecznemu i gospodarczemu w ogóle. Nasza sławiona przedsiębiorczość nie schodzi z ust polityków wszelkiej proweniencji. Niestety, chyba tylko po to, by potem w zaciszu gabinetów skutecznie przedsiębiorczość dusić – zauważa.

 

Jego zdaniem właśnie do zduszenia przedsiębiorczości doprowadzi ewentualne wejście w życie projektowanej zmiany ustawy o zamówieniach publicznych – choć oczywiście żadnemu z wysokich urzędników słowo „nacjonalizacja” nigdy nie przeszłoby przez gardło.

 

– Dlatego u nas nacjonalizację wprowadza się po cichutku. I nie chodzi tu o zwiększenie polskich udziałów w strukturze właścicielskiej, ale po prostu o wyrugowanie prywatnej przedsiębiorczości przez państwo. Chodzi o nacjonalizację rozumianą w sposób, w jaki rozumiał ją, nie przymierzając, Hilary Minc, pogromca handlu i twórca permanentnych kolejek przed sklepami – ocenia Malinowski.

 

– Tym razem nacjonalizacja ma zostać ukryta pod dumną nazwą in-house, która w biznesie oznacza wykonywanie poszczególnych działań w ramach jednego przedsiębiorstwa. Tyle tylko że tym przedsiębiorstwem ma być państwo – zupełnie jak u Lenina wyjaśnia Prezydent Pracodawców RP. – Jak mówi sama zasada in-house, „wszystko zostanie w domu” albo – jak mawiali Corleone – w rodzinie. Cui bono, czyli komu przyniesie to pożytek? Wójtowie, prezydenci miast, wojewodowie będą mieli jeszcze większą władzę. Sfera publiczna się rozrośnie. A jakie będą wady? Wszystkie możliwe: nepotyzm, korupcja, biurokracja, upadek prywatnych firm, wzrost bezrobocia, mniejsza efektywność, większe koszty dla budżetów – w efekcie wyższe ceny dla nas wszystkich. W końcu z czegoś trzeba to będzie utrzymać – dodaje.

 

Malinowski podkreśla, że takich działań nie da się usprawiedliwić dyrektywami unijnymi, gdyż rozwiązania w tej kwestii leżą w gestii państw członkowskich. Przypomina również, ze wspólne stanowisko reprezentantów pracowników i pracodawców w Radzie Dialogu Społecznego nie zmieniło myślenia rządu w tej sprawie, mimo wcześniejszych zapewnień, że stanie się inaczej.

 

– Okazuje się, że słabość do gospodarki nakazowo-rozdzielczej i centralnego planowania przejawiają również politycy, którzy w sferze deklaracji tę przeszłość najgłośniej potępiają. Do autorów tego pomysłu apeluję: jeśli już decydujecie się na nacjonalizację, to proszę nam nie mydlić oczu hasłami rozwoju. Bo jedno wyklucza drugie! – podsumowuje Prezydent Pracodawców RP.