English English
7 tysięcy firm, blisko 3 miliony zatrudnionych
Zakładki 1

Wyszukiwarka

Strona główna Opinie ekspertów
Zakładki 3
zakladki_video

Opinie ekspertów

DRUKUJ

Urzędnicza niemoc, czyli cyfryzacja w jaskini

18-12-2014

– Nowy blankiet dowodu osobistego będzie później, a zniesienie obowiązku meldunkowego najpewniej nigdy – tak można podsumować działalność Ministerstwa Spraw Wewnętrznych na polu ułatwiania obywatelom życia w 2014 r. – mówi ekspert Pracodawców RP Piotr Wołejko.

 

Nowy dowód osobisty to element współfinansowanego przez UE programu pl.ID. Zgodnie z informacją podaną na rządowym portalu Obywatel.gov.pl stanowi on kontynuację wieloletnich działań. Ich celem jest modernizacja systemów informatycznych, w których prowadzone były rejestry PESEL, oraz dowodów osobistych. Pierwotnie miał to być dowód osobisty z czipem, co byłoby przełomem w cyfryzowaniu administracji i jednocześnie stanowiłoby nowe otwarcie w stosunkach na linii urząd–obywatel (także urząd–przedsiębiorca). Wyzwanie to jednak przerosło naszych urzędników. Zamiast czipu będzie po prostu nowy blankiet dowodu, pozbawiony adresu zameldowania. Taką zmianę wprowadzono już w 2010 r., uchwalając ustawę o ewidencji ludności. Z jej pierwotnego brzmienia wynikało, że obowiązek meldunkowy miał zniknąć z dniem 1 stycznia 2014 r. Urzędnicy mieli więc ponad trzy lata na przygotowanie się do tego. Niestety, sprawa ich przerosła i termin zniesienia obowiązku meldunkowego przesunięto o dwa lata, na 2016 r. I to okazało się jednak założeniem zbyt optymistycznym – potrzebne są jeszcze przynajmniej dwa lata, a zatem meldunek ma zniknąć w 2018 r. Ale może nie zniknąć w ogóle, gdyż Międzyresortowy Zespół do spraw Przygotowania Administracji Rządowej do Zniesienia Obowiązku Meldunkowego – powołany, jak sama nazwa wskazuje, po to, by przygotować urzędy do zniesienia obowiązku meldunkowego – w grudniu br. zarekomendował… pozostawienie tego obowiązku. To nie dziwi, gdyż administracja panicznie boi się jakichkolwiek zmian i ucieka, jak tylko może, od dodatkowych obowiązków. W tym zaś przypadku wymagałyby one tytanicznego wysiłku od naszych urzędników, m.in. zmiany około 100 ustaw etc.

 

Warto w tym miejscu przytoczyć przykład przedstawionego w grudniu 2012 r. przez ówczesnego Ministra Administracji i Cyfryzacji Michała Boniego projektu założeń ustawy o utworzeniu wojewódzkich centrów usług wspólnych. Celem zmian była poprawa efektywności działania terenowych organów administracji rządowej, poprzez utworzenie wojewódzkich centrów usług wspólnych. Konsekwencją takiego posunięcia miało być włączenie aparatów pomocniczych wybranych organów w struktury urzędu wojewódzkiego. Zmiany te miały doprowadzić do poprawy organizacji i jakości pracy oraz skoncentrowania się organów administracji zespolonej na wykonywaniu zadań merytorycznych. Był to projekt, który – choć w niewielkim stopniu – mógł usprawnić pracę urzędów i przynieść pewne oszczędności. Stał się on jednak obiektem bezprzykładnego ataku ze strony wszelkich możliwych urzędów – zgłoszono do niego kilkadziesiąt stron uwag, które sprowadzały się do dobrze znanego w Polsce powiedzenia: „nie da się”. I rzeczywiście się nie udało – prace nad projektem zostały wstrzymane.

 

Obserwując zmagania administracji z procesem cyfryzacji, deregulacji czy usprawniania pracy urzędów, dochodzi się do takich samych wniosków. Główny z nich brzmi: jeśli to administracja będzie odpowiadać za te zmiany, to nigdy się one nie udadzą. A wówczas urzędy i urzędnicy będą się stawać coraz bardziej wyobcowani i oddaleni od obywateli. Tracą na tym gospodarka i przedsiębiorcy, którzy rywalizują w skali globalnej bez wsparcia nowoczesnej i sprawnej administracji. W biznesie filozofia „nie da się” nie ma racji bytu. Gdy powstaje jakiś problem, przedsiębiorca rozwiązuje go – i potrafi na tym zarobić.

 

Pracodawców RP w pełni satysfakcjonowałaby sytuacja, w której administracja byłaby w stanie rozwiązać problemy i odpowiedzieć na stojące przed nią wyzwania.

 

Piotr Wołejko, ekspert Pracodawców RP